[Mariko]
Obudziłam się w kompletnie nieznanym mi
miejscu. Rozejrzałam się. Skromny wystrój pomieszczenia nic mi nie mówił.
Zsunęłam z siebie kołdrę, odkrywając, że
miałam na sobie granatowy, męski podkoszulek, który był dla mnie o wiele za
duży. Delikatnie chwyciłam materiał, uniosłam go do nosa i powąchałam. Koszulka
wydzielała dość dziwny zapach: lekko słodki a zarazem zwierzęcy… jednak
przyjemny.
Gdy ponownie zamierzałam unieść materiał w
kierunku nosa, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o szarych włosach i przenikliwym
czarnym spojrzeniu. Uśmiechał się. W tym samym momencie przypomniałam sobie,
kim on był. Kakashi, człowiek, który uratował mnie przed śmiercią.
Zorientowałam się dopiero po chwili, że wciąż trzymam przy nosie kawałek jego
podkoszulka. Natychmiast się opanowałam. Jeszcze Kakashi pomyśli, że jestem
chora umysłowo, jakbym i tak już nie straciła pamięci…
-
Dzień dobry, jak minęła noc? – zapytał uprzejmie. Wyglądało na to, że nie
zwrócił uwagi na moje dziwne zachowanie.
Nie wiadomo dlaczego, ale nie potrafiłam
wykrztusić z siebie słowa, wybąkałam tylko:
-
Eee…
Kakashi spojrzał na mnie zdziwiony.
-
To znaczy… W porządku, dziękuję… - odparłam w końcu i nie wiedzieć czemu,
zarumieniłam się. – A ty co tu robisz? Ładnie to tak wchodzić do pokoju bezbronnej
dziewczyny?
-
Jakbyś nie zauważyła, to jest mój dom i mam pełne prawo wchodzić, gdzie mi się
podoba – uśmiechnął się łobuzersko. – A może coś nie pasuje?
Pokręciłam głową, uśmiechając się delikatnie.
Cóż za zabawna rozmowa…
-
Zrobiłem śniadanie, na pewno jesteś głodna, no i wiesz… ten tego… jakby to
ująć… przyszedłem cię obudzić – nagle zrobił się strasznie zakłopotany,
podrapał się w tył głowy.
-
Aha – zwlokłam się z łóżka i zeszłam za nim na dół po schodach do kuchni, z
której dolatywały przyjemne zapachy.
Weszłam do pomieszczenia. Kakashi skierował
się do urządzenia przypominającego piec, ale nie było nim. Nie zwracając uwagi
na to, co mężczyzna robi, usiadłam przy stole. Zaczęłam myśleć nad moją
przyszłością. Czy odzyskam pamięć? Czy wrócę do domu? W głębi duszy czułam, że
ktoś czeka na mnie, a ja nie mogłam dać żadnego znaku życia.
-
Wolisz ścięte, czy… - z zadumy wyrwał mnie głos Kakashi’ego. Przewracał coś na
patelni.
-
Co? – zapytałam mało przytomnie.
-
Jajka. Wolisz ścięte, czy nie? – posłał mi kolejne zdziwione spojrzenie.
Nie wiem dlaczego, ale przewróciło mi się w
żołądku. Poczułam mdłości. Jajka. Coś świtało mi w głowie, ale nie wiedziałam
co. Wiedziałam tylko, że nie powinnam jeść jajek. Pytanie tylko, czemu?
Przecież nic by się nie stało, gdybym…
Zerwałam się z krzesła. Coś było ze mną nie
tak. Po raz kolejny poczułam nieprzyjemny skurcz, sok żołądkowy podszedł mi do
gardła.
-
Niedobrze mi… - wyjąkałam i popędziłam do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi i
pochyliłam się nad umywalką. Kątem oka widziałam swoją bladą i mokrą od potu
twarz. Nagle potężne torsje wstrząsnęły mną. Pochyliłam się i wydaliłam treść
swojego żołądka. Nie było tego wiele. Może i dobrze, ponieważ od przykrego
zapachu na pewno bym poczuła się jeszcze gorzej. Odgarnęłam mokre od potu włosy
i spojrzałam w lustro. Wyglądałam, jakbym miała za chwilę umrzeć. W tym samym
momencie usłyszałam pukanie do drzwi i przytłumiony głos Kakashi’ego:
-
Wszystko w porządku, Mariko? Nie wiedziałem, że nie lubisz jajek, mogłaś mi
powiedzieć, zrobiłbym coś innego… A tak jest ci niedobrze…
Ewidentnie czuł wyrzuty sumienia spowodowane
moim stanem. Nie chciałam, by przez moją nietolerancję na białko kurze, o
której też oczywiście zapomniałam, źle się poczuł.
Umyłam umywalkę oraz usta i podeszłam do
drzwi, po czym je otworzyłam. Kakashi miał minę zbitego psa.
-
Nic się nie stało, po prostu nie wiedziałam, że nie toleruję białka… To nie
jest twoja wina, Kakashi – powiedziałam, patrząc mu w oczy. – W ramach
przeprosin zrobię śniadanie, co?
Wzruszył ramionami. Nadal był smutny.
-
Jak chcesz. Jajka i tak już się nie nadają do spożycia… - mówiąc to, odwrócił
się i poszedł do kuchni nawet na mnie nie patrząc.
Westchnęłam głośno i powlokłam się za nim.
~~~*~~~
Po skonsumowaniu lekkiej sałatki, Kakashi
jeszcze raz mnie przeprosił, a ja zbyłam to machnięciem ręki. Mężczyzna
uśmiechnął się słabo i poszedł do salonu, gdzie zaczął czytać książkę. Długo
się nią nie nacieszył, ponieważ oboje usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Kakashi
niechętnie zwlókł się z kanapy i burcząc pod nosem, poszedł w kierunku drzwi, a
potem otworzył je. W progu stał młody chłopak o czarnych krótkich włosach i
niebieskich oczach. Był dość wysoki, jednak niższy od mojego towarzysza. Na
czole miał taką samą przepaskę jak Kakashi oraz zieloną kamizelkę.
-
Kakashi – san, Czcigodna pana wzywa – powiedział chłopak, lekko się trzęsąc.
Zauważyłam, że to Kakashi wywiera na nim taką presję. Ciekawe czemu? Gdy
patrzyłam się na chłopaka, ten spojrzał na mnie i zarumienił się mocno.
Usłyszałam, jak Kakashi burczy pod nosem.
Mogłam się tylko domyślać, że były to przekleństwa.
-
Akurat kiedy jestem zajęty, ona zawraca mi głowę? – warknął, ale włożył swoją
kamizelkę i ochraniacz na czoło. Na gołe stopy wsunął buty. Obejrzał się na
mnie i powiedział:
-
Nigdzie nie wychodź, Mariko, dopóki nie wrócę. Muszę coś załatwić. – kiedy to
powiedział, wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Zostałam sama.
Nie wiedziałam, co mam robić. Wyjść nie
mogłam, ponieważ Kakashi, można rzec, mi tego zabronił, a poza tym nie znałam
tej wioski, więc prędzej czy później zgubiłabym się. To było więcej jak pewne.
Dlatego też postanowiłam, że posłucham Kakashi’ego i zostanę w bezpiecznym
miejscu. W tym samym momencie przypomniało mi się o książce, którą czytał.
Poszłam do salonu, usiadłam na kanapie i wzięłam książkę do ręki. „ Icha Icha Paradais” nic mi nie mówił.
Chociaż ostatnie słowo sprawiało, że się uśmiechnęłam mimowolnie. Otworzyłam
książkę na pierwszej stronie i zaczęłam czytać. Z początku była mało
interesująca, ale po około pięćdziesięciu stronach zaczęła mnie wciągać. Już na
samym wstępie pojawiła się dwuznaczna scena. Nie myślałam, że mężczyzna taki
jak Kakashi gustuje w takich typu książkach. Był zbyt przyzwoity. Ale pozory
mylą. Książka zainteresowała mnie bez reszty. W mgnieniu oka przeczytałam
połowę. Kiedy zdarzały się pikantniejsze sceny, czułam, że się rumienię.
Zauważyłam też, ale o wiele wcześniej, że imię bohatera jest wykreślone, a
zastąpiło je inne imię, mianowicie: Kakashi. Zaśmiałam się cicho. Nie powiem,
to było nawet słodkie.
Przewracałam właśnie kolejną stronę, kiedy
usłyszałam pukanie do drzwi. Zerwałam się z kanapy i pognałam, by otworzyć
drzwi. Może to Kakashi wrócił?
Nie,
to nie był on, tylko jakiś facet obcięty od garnka. Pokazywał w uśmiechu białe
zęby. Grube czarne brwi przesłaniały prawie w całości jego malutkie oczka.
Wzdrygnęłam się odruchowo. Ten mężczyzna był po prostu straszny. Nagle jego
uśmiech zbladł. Odezwał się grobowym głosem:
-
Jest Kakashi? – zapytał.
-
Zależy kto pyta – odparłam.
-
Maito Gai, przyjaciel Hatake oraz Piękna bestia Konohagakure! – nie
powiedziałabym, że taka piękna. – A ty? Kim jesteś? Jego dziewczyną?
O mały włos nie przewróciłam się, gdy to
usłyszałam. Zaśmiałam się cicho.
-
Tylko… znajomą – nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. – Jestem Mariko.
Mężczyzna pochylił się nade mną.
-
Nie wiedziałem, że Kakashi ma takie piękne znajome – chuchnął mi prosto w
twarz. Nie miał zbyt przyjemnego oddechu. – Może się przejdziemy, co? Na pewno
ci się nudzi.
-
Przykro mi, ale nie mogę, przyjacielu Kakashi’ego. On mi zabronił. – niemal natychmiast
pożałowałam tych słów.
-
Nie musisz go we wszystkim słuchać! A poza tym krótki spacer na pewno dobrze ci
zrobi. Obiecuję, że odstawię cię do domu najszybciej, jak to będzie możliwe.
Przygryzłam wargę. A jeśli Kakashi zorientuje
się, że mnie nie ma? Co wtedy będzie?
-
No dobra, ale tylko na chwilę – zaprzeczyłam sama sobie, co było absolutnie nie
w moim stylu – Tylko muszę się przebrać.
Zamknęłam drzwi i popędziłam na górę.
Otworzyłam drzwi od mojej sypialni i szybko włożyłam swoją białą sukienkę. Na
stopy nasunęłam wciąż mokre od wody sznurkowe sandałki. Poszukałam jeszcze
czegoś do pisania. Chciałam zostawić Kakashi’emu wiadomość, żeby się o mnie nie
martwił. Nabazgrałam kilka zdań i wyszłam z domu.
Rozmowa z Gai’em od początku się nie kleiła.
W sumie to nie dziwiło mnie to. W ogóle nie był w moim typie, a poza tym ciągle
wspominał ile to razy nie pokonał Kakashi’ego w ich pojedynkach. Mogłam się
założyć, że połowa tych wiadomości to była jedna wielka ściema.
-
No i wiesz, Mariko, wtedy Kakashi zwymiotował wprost na swoje spodnie! –
usłyszałam.
-
Tak, super. Naprawdę świetne… - burknęłam.
-
Wiem, ale to jeszcze nic, zaczekaj, aż ci powiem, co przydarzyło mu się
ostatnim razem!
Nie interesowało mnie to za bardzo. Bardziej
się przejmowałam tym, gdzie idziemy. Byliśmy już dość daleko od domu
Kakashi’ego, a ja niepokoiłam się coraz bardziej. Właśnie dochodziliśmy do
lasu. Zatrzymałam się raptownie.
-
Gai, wybacz, ale muszę już wracać – powiedziałam, wpatrując się w ciemność
przede mną.
-
Ale najlepsze dopiero przede mną! – krzyknął, wymachując rękoma.
-
Powiesz mi to kiedy indziej, tak się składa, że zostawiłam w domu coś ważnego i
no wiesz… - było to pierwsza rzecz, jaka mi się nasunęła na myśl. Na
nieszczęście Gai zorientował się, że to kłamstwo, dlatego przyszpilił mnie do
drzewa.
-
Bądź grzeczna, bo inaczej nie będę taki milutki… - warknął. Jakim cudem zmienił
się z dość uprzejmego, choć irytującego faceta w bezlitosnego zboczeńca?
Chciałam krzyknąć, ale Gai zasłonił mi usta dłonią.
-
Nie krzycz, maleńka, i tak nikt ci nie pomoże, a już na pewno nie Kakashi.
Wkurzyłam się. Ugryzłam mężczyznę w palec. Po
brodzie ściekała mi krew, ale nie dbałam o to. Jednakże Gai tak się wkurzył, że
chwycił mnie oburącz za włosy, ciągnąc mocno, po czym uderzył mnie o drzewo.
Zabolało. I to bardzo. Nigdy nie czułam takiego bólu. Poczułam, jak coś
ciepłego ścieka mi po czole. Dotknęłam tego i zobaczyłam czerwony płyn. Krew.
Zakręciło mi się w głowie. Upadłabym, ale Gai mnie pochwycił i zaniósł w głąb
lasu. Tam rzucił mnie na ziemię i zaczął ściągać kamizelkę. Nie wiedziałam, o
co mu chodzi. Chwilę później był już w samych slipkach. Dopiero wtedy pojęłam,
na co się zanosi. Miałam ochotę wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
-
Szykuj się, ślicznotko, na prawdziwy raj – mówiąc to, powoli się do mnie
zbliżał. Zamknęłam oczy, czekając na najgorsze. – Tym razem to ja zapoluję na
najlepszy kąsek – uśmiechnął się drapieżnie.
~~~*~~~
[Kakashi]
Okazało się, że Tsunade naprawdę chciała ode tylko
jednego: żebym kupił jej dango, bo ona ma masę roboty do zrobienia. Jak tylko
to usłyszałem, zagotowało się we mnie, ale kupiłem jej te cholerne kulki! Gdy
tylko wyszedłem z gabinetu, skierowałem się do domu. Może choć przez chwilę
będę miał spokój. Niepokoiłem się o Mariko. Nie dość, że straciła pamięć, to
jeszcze nie miałem pojęcia, czy sobie poradziła beze mnie. Ale na miłość boską,
była przecież dorosła! Ale mimo wszystko się o nią martwiłem. Szybkim krokiem
poszedłem przed siebie. Po chwili stałem już przed moim domem. Ze środka nie
dochodziły żadne odgłosy. Dziwne. Otworzyłem powoli drzwi i zawołałem,
przestępując próg:
-
Mariko, jesteś?
Odpowiedziała mi cisza. W tym samym momencie
zauważyłem karteczkę leżącą na stoliku w przedpokoju. Podniosłem ją i
przeczytałem.
Drogi Kakashi!
Proszę, nie martw się o mnie. Wyszłam
z Gai’em się trochę przewietrzyć i rozprostować kości. Nie mogę przecież
siedzieć sama w domu jak palec, prawda?
Obiecuję, że niedługo wrócę. I
pamiętaj, nie martw się o mnie, Gai zapewnił, że mnie odprowadzi.
Mariko
Miałem ochotę uderzyć głową o ścianę. Mówiłem
jej przecież, żeby nie wychodziła z domu! Tym bardziej z Gai’em. Wolałem nie
wiedzieć, gdzie ją zaprowadził. Pewnie do jakiejś podejrzanej spelunki, gdzie
drinki serwują pół nagie i napalone kelnerki, które prowokacyjnie ocierają się
o ciebie. I pomyśleć, że w takim miejscu mogła przebywać Mariko… Aż włos się
jeżył na karku. Zgniotłem kartkę i nie zamykając domu na klucz, pobiegłem
szukać Mariko.
Nie wiedzieć czemu, skierowałem się ku lasowi
Konoha. Miałem przeczucie, że to tam zabrał ją Gai. Przełknąłem ślinę. Oby nic
jej nie zrobił, bo nie ręczę za siebie, tym bardziej, że Tsunade wcześniej
wytrąciła mnie z równowagi. Przyspieszyłem.
Znalazłem
się w lesie. Biegłem przed siebie, uważnie nasłuchując. Nie słyszałem nic, poza
odgłosami natury. Jednak po paru minutach do moich uszu dobiegł dźwięk, którego
wcale nie powinno być w lesie. Mianowicie dźwięk zdzierających ubrań. Skręciłem
w stronę, z której dobiegał odgłos. Wypadłem na małą polankę i to wtedy ich
zobaczyłem. Mariko i Gai’a. Dziewczyna była cała we krwi. Gai natomiast zbliżał
się do niej stanowczym krokiem. Od razu pojąłem, po co ją tu zabrał. Chciał się
do niej dobrać.
-
GAI! – ryknąłem, po czym natarłem na
niego i zwaliłem go z nóg. Uderzyłem z pięści w nos. Rozległo się głośne
chrupnięcie. Po chwili z nosa mojego rywala trysnęła krew. Okładałem go po
głowie, warcząc:
-
Nie… waż… się… zbliżać… do… Mariko… - po każdym słowie następował cios. Bolały
mnie ręce, ale dalej okładałem swojego dawnego przyjaciela – Inaczej… zabiję…
cię…
Gai jęknął, jak tylko przestałem go bić.
Podniósł się chwiejnie na nogi i chwycił za opuchnięty i krwawiący nos.
Spojrzał na mnie ze złością.
-
Co ty tu robisz? – wymamrotał.
-
Co ty tu robisz?! – krzyknąłem – Znów próbujesz kogoś uwieść wbrew woli?! A
może zgwałcić, bo chyba to byś zrobił, gdybym w odpowiedniej chwili się nie
pojawił!
-
Nic ci do tego, nie twoja sprawa… - burknął.
-
Właśnie, że moja! Mariko ze mną mieszka, więc tak się składa, że to jest moja sprawa! A teraz spieprzaj, nie
chcę cię więcej na oczy widzieć!
Gai ubrał się i odszedł jak pies z podkulonym
ogonem. Dyszałem ciężko ze złości. Nie pamiętam, żeby ktoś, ktokolwiek, tak
wyprowadził mnie z równowagi. Zerknąłem na Mariko. Była cała poturbowana. W
sumie to się nie dziwiłem. Sama była sobie winna, że Gai ją tak urządził.
-
Kakashi… Ja przepraszam… Nie wiedziałam, że Gai… - usłyszałem jak płacze. –
Gdybym wiedziała, nigdy…
-
Cicho – warknąłem, ale o wiele łagodniej niż poprzednio. – Mówiłem ci, żebyś
nie wychodziła z domu, gdy mnie nie ma. Mówiłem?! Mówiłem! Gdybyś mnie
posłuchała, nic by ci się nie stało! Ale nie! Bo po co słuchać mądrych rad,
lepiej zgrywać idiotę! – wzniosłem ręce do nieba. Pierwszy raz podniosłem głos
na kobietę. Nie czułem jeszcze wyrzutów sumienia, ale wiedziałem, że jak tylko
się uspokoję, nadejdą. Westchnąłem głęboko i uderzyłem pięścią w drzewo po
prawej stronie głowy Mariko. Dziewczyna zadrżała. Z oczu wciąż płynęły jej łzy.
-
Nie pomyślałaś o tym, co by ci zrobił?! Co już ci zrobił?! On mógł cię
zgwałcić, Mariko! – poczułem, że mój głos drży lekko – Gdybym go nie
powstrzymał, to… nie wiem, jak by się to wszystko skończyło…
Mariko głośniej zapłakała. Nie było mi z tego
powodu przyjemnie. Uważałem, że facet naprawdę musi być świnią, skoro kobieta
przez niego płacze. Miałem ochotę się trzasnąć w ten głupi łeb.
-
Kakashi… nie krzycz, proszę… - zakwiliła, osuwając się po drzewie. Ukryła twarz
w dłoniach i zaniosła się spazmatycznym szlochem. Widząc ją, pękłem. Moja
wściekłość rozpadła się na miliony kawałeczków niczym szkło. Zastąpiło ją coś w rodzaju
czułości. Usiadłem ostrożnie obok niej. Wyciągnąłem rękę, chcąc ją przytulić,
ale w ostatniej chwili się powstrzymałem, jeszcze bym ją spłoszył.
-
Mariko… Przepraszam… Poniosło mnie, nie powinienem był tak na ciebie
naskakiwać. To moja wina. Gdybym ci powiedział o Gai’u, nic takiego nie miałoby
miejsca…
Podniosła głowę, ukazując mokre od łez oczy.
Pociągnęła kilkakrotnie nosem, a potem zrobiła coś, czego nie spodziewałbym się
w takiej sytuacji. Przysunęła się do mnie, objęła za szyję i pocałowała. Mocno.
Bardzo mocno. W tym pocałunku czułem niezmierną radość, ale i smutek. Nadal się
obwiniała. W następnej chwili odzyskała panowanie nad sobą i odkleiła się ode
mnie. Oboje byliśmy w szoku. Słyszałem, jak mocno bije mi serce. Na policzkach
czułem rumieńce.
-
Przepraszam, nie powinnam… - wymamrotała. – Na pewno jesteś zły…
-
Nie – naprawdę nie byłem. Co prawda zaskoczyło mnie to, ale to nie znaczyło, że
byłem zły, wręcz przeciwnie, byłem bardzo zadowolony, choć nie wiedziałem
dlaczego. Znałem przecież Mariko niecały dzień.
Usłyszałem, jak dziewczyna pociąga nosem. Jeszcze
raz wyciągnąłem ku niej ramię i przytuliłem mocno. Była bardzo ciepła. Czułem
jej szybko bijące serce. Trzepotało jak u ptaszka. Objąłem ją mocniej i nie
wiedząc, co robię, pocałowałem delikatnie w zranione czoło. Wolną dłonią
odgarnąłem jej włosy z twarzy.
***
Wiem, że rozdziału dawno nie było, ale nie miałam weny na niego. Dedykacja dla wszystkich czytających bloga, choć nie ma ich wielu, ale jednak. Nie mam pojęcia, kiedy będzie kolejny rozdział, ale Akari zamierza trzeci wstawić w sierpniu, kiedy ja, nie wiem. To zależy od mojej kapryśnej weny. No nic, do napisania. Rani i Kakashi robią słodkie oczka, prosząc o komentarze *.*