środa, 18 czerwca 2014

#2. Szczęście w nieszczęściu.



[Mariko]

  Obudziłam się w kompletnie nieznanym mi miejscu. Rozejrzałam się. Skromny wystrój pomieszczenia nic mi nie mówił.
  Zsunęłam z siebie kołdrę, odkrywając, że miałam na sobie granatowy, męski podkoszulek, który był dla mnie o wiele za duży. Delikatnie chwyciłam materiał, uniosłam go do nosa i powąchałam. Koszulka wydzielała dość dziwny zapach: lekko słodki a zarazem zwierzęcy… jednak przyjemny.
  Gdy ponownie zamierzałam unieść materiał w kierunku nosa, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o szarych włosach i przenikliwym czarnym spojrzeniu. Uśmiechał się. W tym samym momencie przypomniałam sobie, kim on był. Kakashi, człowiek, który uratował mnie przed śmiercią. Zorientowałam się dopiero po chwili, że wciąż trzymam przy nosie kawałek jego podkoszulka. Natychmiast się opanowałam. Jeszcze Kakashi pomyśli, że jestem chora umysłowo, jakbym i tak już nie straciła pamięci…
- Dzień dobry, jak minęła noc? – zapytał uprzejmie. Wyglądało na to, że nie zwrócił uwagi na moje dziwne zachowanie.
  Nie wiadomo dlaczego, ale nie potrafiłam wykrztusić z siebie słowa, wybąkałam tylko:
- Eee…
  Kakashi spojrzał na mnie zdziwiony.
- To znaczy… W porządku, dziękuję… - odparłam w końcu i nie wiedzieć czemu, zarumieniłam się. – A ty co tu robisz? Ładnie to tak wchodzić do pokoju bezbronnej dziewczyny?
- Jakbyś nie zauważyła, to jest mój dom i mam pełne prawo wchodzić, gdzie mi się podoba – uśmiechnął się łobuzersko. – A może coś nie pasuje?
  Pokręciłam głową, uśmiechając się delikatnie. Cóż za zabawna rozmowa…
- Zrobiłem śniadanie, na pewno jesteś głodna, no i wiesz… ten tego… jakby to ująć… przyszedłem cię obudzić – nagle zrobił się strasznie zakłopotany, podrapał się w tył głowy.
- Aha – zwlokłam się z łóżka i zeszłam za nim na dół po schodach do kuchni, z której dolatywały przyjemne zapachy.
  Weszłam do pomieszczenia. Kakashi skierował się do urządzenia przypominającego piec, ale nie było nim. Nie zwracając uwagi na to, co mężczyzna robi, usiadłam przy stole. Zaczęłam myśleć nad moją przyszłością. Czy odzyskam pamięć? Czy wrócę do domu? W głębi duszy czułam, że ktoś czeka na mnie, a ja nie mogłam dać żadnego znaku życia.
- Wolisz ścięte, czy… - z zadumy wyrwał mnie głos Kakashi’ego. Przewracał coś na patelni.
- Co? – zapytałam mało przytomnie.
- Jajka. Wolisz ścięte, czy nie? – posłał mi kolejne zdziwione spojrzenie.
  Nie wiem dlaczego, ale przewróciło mi się w żołądku. Poczułam mdłości. Jajka. Coś świtało mi w głowie, ale nie wiedziałam co. Wiedziałam tylko, że nie powinnam jeść jajek. Pytanie tylko, czemu? Przecież nic by się nie stało, gdybym…
  Zerwałam się z krzesła. Coś było ze mną nie tak. Po raz kolejny poczułam nieprzyjemny skurcz, sok żołądkowy podszedł mi do gardła.
- Niedobrze mi… - wyjąkałam i popędziłam do łazienki. Zatrzasnęłam drzwi i pochyliłam się nad umywalką. Kątem oka widziałam swoją bladą i mokrą od potu twarz. Nagle potężne torsje wstrząsnęły mną. Pochyliłam się i wydaliłam treść swojego żołądka. Nie było tego wiele. Może i dobrze, ponieważ od przykrego zapachu na pewno bym poczuła się jeszcze gorzej. Odgarnęłam mokre od potu włosy i spojrzałam w lustro. Wyglądałam, jakbym miała za chwilę umrzeć. W tym samym momencie usłyszałam pukanie do drzwi i przytłumiony głos Kakashi’ego:
- Wszystko w porządku, Mariko? Nie wiedziałem, że nie lubisz jajek, mogłaś mi powiedzieć, zrobiłbym coś innego… A tak jest ci niedobrze…
  Ewidentnie czuł wyrzuty sumienia spowodowane moim stanem. Nie chciałam, by przez moją nietolerancję na białko kurze, o której też oczywiście zapomniałam, źle się poczuł.
  Umyłam umywalkę oraz usta i podeszłam do drzwi, po czym je otworzyłam. Kakashi miał minę zbitego psa.
- Nic się nie stało, po prostu nie wiedziałam, że nie toleruję białka… To nie jest twoja wina, Kakashi – powiedziałam, patrząc mu w oczy. – W ramach przeprosin zrobię śniadanie, co?
  Wzruszył ramionami. Nadal był smutny.
- Jak chcesz. Jajka i tak już się nie nadają do spożycia… - mówiąc to, odwrócił się i poszedł do kuchni nawet na mnie nie patrząc.
  Westchnęłam głośno i powlokłam się za nim.

~~~*~~~

  Po skonsumowaniu lekkiej sałatki, Kakashi jeszcze raz mnie przeprosił, a ja zbyłam to machnięciem ręki. Mężczyzna uśmiechnął się słabo i poszedł do salonu, gdzie zaczął czytać książkę. Długo się nią nie nacieszył, ponieważ oboje usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Kakashi niechętnie zwlókł się z kanapy i burcząc pod nosem, poszedł w kierunku drzwi, a potem otworzył je. W progu stał młody chłopak o czarnych krótkich włosach i niebieskich oczach. Był dość wysoki, jednak niższy od mojego towarzysza. Na czole miał taką samą przepaskę jak Kakashi oraz zieloną kamizelkę.
- Kakashi – san, Czcigodna pana wzywa – powiedział chłopak, lekko się trzęsąc. Zauważyłam, że to Kakashi wywiera na nim taką presję. Ciekawe czemu? Gdy patrzyłam się na chłopaka, ten spojrzał na mnie i zarumienił się mocno.
  Usłyszałam, jak Kakashi burczy pod nosem. Mogłam się tylko domyślać, że były to przekleństwa.
- Akurat kiedy jestem zajęty, ona zawraca mi głowę? – warknął, ale włożył swoją kamizelkę i ochraniacz na czoło. Na gołe stopy wsunął buty. Obejrzał się na mnie i powiedział:
- Nigdzie nie wychodź, Mariko, dopóki nie wrócę. Muszę coś załatwić. – kiedy to powiedział, wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Zostałam sama.
  Nie wiedziałam, co mam robić. Wyjść nie mogłam, ponieważ Kakashi, można rzec, mi tego zabronił, a poza tym nie znałam tej wioski, więc prędzej czy później zgubiłabym się. To było więcej jak pewne. Dlatego też postanowiłam, że posłucham Kakashi’ego i zostanę w bezpiecznym miejscu. W tym samym momencie przypomniało mi się o książce, którą czytał. Poszłam do salonu, usiadłam na kanapie i wzięłam książkę do ręki. „ Icha Icha Paradais” nic mi nie mówił. Chociaż ostatnie słowo sprawiało, że się uśmiechnęłam mimowolnie. Otworzyłam książkę na pierwszej stronie i zaczęłam czytać. Z początku była mało interesująca, ale po około pięćdziesięciu stronach zaczęła mnie wciągać. Już na samym wstępie pojawiła się dwuznaczna scena. Nie myślałam, że mężczyzna taki jak Kakashi gustuje w takich typu książkach. Był zbyt przyzwoity. Ale pozory mylą. Książka zainteresowała mnie bez reszty. W mgnieniu oka przeczytałam połowę. Kiedy zdarzały się pikantniejsze sceny, czułam, że się rumienię. Zauważyłam też, ale o wiele wcześniej, że imię bohatera jest wykreślone, a zastąpiło je inne imię, mianowicie: Kakashi. Zaśmiałam się cicho. Nie powiem, to było nawet słodkie.
  Przewracałam właśnie kolejną stronę, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Zerwałam się z kanapy i pognałam, by otworzyć drzwi. Może to Kakashi wrócił?
Nie, to nie był on, tylko jakiś facet obcięty od garnka. Pokazywał w uśmiechu białe zęby. Grube czarne brwi przesłaniały prawie w całości jego malutkie oczka. Wzdrygnęłam się odruchowo. Ten mężczyzna był po prostu straszny. Nagle jego uśmiech zbladł. Odezwał się grobowym głosem:
- Jest Kakashi? – zapytał.
- Zależy kto pyta – odparłam.
- Maito Gai, przyjaciel Hatake oraz Piękna bestia Konohagakure! – nie powiedziałabym, że taka piękna. – A ty? Kim jesteś? Jego dziewczyną?
  O mały włos nie przewróciłam się, gdy to usłyszałam. Zaśmiałam się cicho.
- Tylko… znajomą – nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. – Jestem Mariko.
  Mężczyzna pochylił się nade mną.
- Nie wiedziałem, że Kakashi ma takie piękne znajome – chuchnął mi prosto w twarz. Nie miał zbyt przyjemnego oddechu. – Może się przejdziemy, co? Na pewno ci się nudzi.
- Przykro mi, ale nie mogę, przyjacielu Kakashi’ego. On mi zabronił. – niemal natychmiast pożałowałam tych słów.
- Nie musisz go we wszystkim słuchać! A poza tym krótki spacer na pewno dobrze ci zrobi. Obiecuję, że odstawię cię do domu najszybciej, jak to będzie możliwe.
  Przygryzłam wargę. A jeśli Kakashi zorientuje się, że mnie nie ma? Co wtedy będzie?
- No dobra, ale tylko na chwilę – zaprzeczyłam sama sobie, co było absolutnie nie w moim stylu – Tylko muszę się przebrać.
  Zamknęłam drzwi i popędziłam na górę. Otworzyłam drzwi od mojej sypialni i szybko włożyłam swoją białą sukienkę. Na stopy nasunęłam wciąż mokre od wody sznurkowe sandałki. Poszukałam jeszcze czegoś do pisania. Chciałam zostawić Kakashi’emu wiadomość, żeby się o mnie nie martwił. Nabazgrałam kilka zdań i wyszłam z domu.
  Rozmowa z Gai’em od początku się nie kleiła. W sumie to nie dziwiło mnie to. W ogóle nie był w moim typie, a poza tym ciągle wspominał ile to razy nie pokonał Kakashi’ego w ich pojedynkach. Mogłam się założyć, że połowa tych wiadomości to była jedna wielka ściema.
- No i wiesz, Mariko, wtedy Kakashi zwymiotował wprost na swoje spodnie! – usłyszałam.
- Tak, super. Naprawdę świetne… - burknęłam.
- Wiem, ale to jeszcze nic, zaczekaj, aż ci powiem, co przydarzyło mu się ostatnim razem!
  Nie interesowało mnie to za bardzo. Bardziej się przejmowałam tym, gdzie idziemy. Byliśmy już dość daleko od domu Kakashi’ego, a ja niepokoiłam się coraz bardziej. Właśnie dochodziliśmy do lasu. Zatrzymałam się raptownie.
- Gai, wybacz, ale muszę już wracać – powiedziałam, wpatrując się w ciemność przede mną.
- Ale najlepsze dopiero przede mną! – krzyknął, wymachując rękoma.
- Powiesz mi to kiedy indziej, tak się składa, że zostawiłam w domu coś ważnego i no wiesz… - było to pierwsza rzecz, jaka mi się nasunęła na myśl. Na nieszczęście Gai zorientował się, że to kłamstwo, dlatego przyszpilił mnie do drzewa.
- Bądź grzeczna, bo inaczej nie będę taki milutki… - warknął. Jakim cudem zmienił się z dość uprzejmego, choć irytującego faceta w bezlitosnego zboczeńca? Chciałam krzyknąć, ale Gai zasłonił mi usta dłonią.
- Nie krzycz, maleńka, i tak nikt ci nie pomoże, a już na pewno nie Kakashi.
  Wkurzyłam się. Ugryzłam mężczyznę w palec. Po brodzie ściekała mi krew, ale nie dbałam o to. Jednakże Gai tak się wkurzył, że chwycił mnie oburącz za włosy, ciągnąc mocno, po czym uderzył mnie o drzewo. Zabolało. I to bardzo. Nigdy nie czułam takiego bólu. Poczułam, jak coś ciepłego ścieka mi po czole. Dotknęłam tego i zobaczyłam czerwony płyn. Krew. Zakręciło mi się w głowie. Upadłabym, ale Gai mnie pochwycił i zaniósł w głąb lasu. Tam rzucił mnie na ziemię i zaczął ściągać kamizelkę. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Chwilę później był już w samych slipkach. Dopiero wtedy pojęłam, na co się zanosi. Miałam ochotę wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
- Szykuj się, ślicznotko, na prawdziwy raj – mówiąc to, powoli się do mnie zbliżał. Zamknęłam oczy, czekając na najgorsze. – Tym razem to ja zapoluję na najlepszy kąsek – uśmiechnął się drapieżnie.

~~~*~~~
[Kakashi]

  Okazało się, że Tsunade naprawdę chciała ode tylko jednego: żebym kupił jej dango, bo ona ma masę roboty do zrobienia. Jak tylko to usłyszałem, zagotowało się we mnie, ale kupiłem jej te cholerne kulki! Gdy tylko wyszedłem z gabinetu, skierowałem się do domu. Może choć przez chwilę będę miał spokój. Niepokoiłem się o Mariko. Nie dość, że straciła pamięć, to jeszcze nie miałem pojęcia, czy sobie poradziła beze mnie. Ale na miłość boską, była przecież dorosła! Ale mimo wszystko się o nią martwiłem. Szybkim krokiem poszedłem przed siebie. Po chwili stałem już przed moim domem. Ze środka nie dochodziły żadne odgłosy. Dziwne. Otworzyłem powoli drzwi i zawołałem, przestępując próg:
- Mariko, jesteś?
  Odpowiedziała mi cisza. W tym samym momencie zauważyłem karteczkę leżącą na stoliku w przedpokoju. Podniosłem ją i przeczytałem.

 Drogi Kakashi!

         Proszę, nie martw się o mnie. Wyszłam z Gai’em się trochę przewietrzyć i rozprostować kości. Nie mogę przecież siedzieć sama w domu jak palec, prawda?
        Obiecuję, że niedługo wrócę. I pamiętaj, nie martw się o mnie, Gai zapewnił, że mnie odprowadzi.
      
                                                                            Mariko



  Miałem ochotę uderzyć głową o ścianę. Mówiłem jej przecież, żeby nie wychodziła z domu! Tym bardziej z Gai’em. Wolałem nie wiedzieć, gdzie ją zaprowadził. Pewnie do jakiejś podejrzanej spelunki, gdzie drinki serwują pół nagie i napalone kelnerki, które prowokacyjnie ocierają się o ciebie. I pomyśleć, że w takim miejscu mogła przebywać Mariko… Aż włos się jeżył na karku. Zgniotłem kartkę i nie zamykając domu na klucz, pobiegłem szukać Mariko.
  Nie wiedzieć czemu, skierowałem się ku lasowi Konoha. Miałem przeczucie, że to tam zabrał ją Gai. Przełknąłem ślinę. Oby nic jej nie zrobił, bo nie ręczę za siebie, tym bardziej, że Tsunade wcześniej wytrąciła mnie z równowagi. Przyspieszyłem.
Znalazłem się w lesie. Biegłem przed siebie, uważnie nasłuchując. Nie słyszałem nic, poza odgłosami natury. Jednak po paru minutach do moich uszu dobiegł dźwięk, którego wcale nie powinno być w lesie. Mianowicie dźwięk zdzierających ubrań. Skręciłem w stronę, z której dobiegał odgłos. Wypadłem na małą polankę i to wtedy ich zobaczyłem. Mariko i Gai’a. Dziewczyna była cała we krwi. Gai natomiast zbliżał się do niej stanowczym krokiem. Od razu pojąłem, po co ją tu zabrał. Chciał się do niej dobrać.
- GAI! – ryknąłem, po czym natarłem na niego i zwaliłem go z nóg. Uderzyłem z pięści w nos. Rozległo się głośne chrupnięcie. Po chwili z nosa mojego rywala trysnęła krew. Okładałem go po głowie, warcząc:
- Nie… waż… się… zbliżać… do… Mariko… - po każdym słowie następował cios. Bolały mnie ręce, ale dalej okładałem swojego dawnego przyjaciela – Inaczej… zabiję… cię…
  Gai jęknął, jak tylko przestałem go bić. Podniósł się chwiejnie na nogi i chwycił za opuchnięty i krwawiący nos. Spojrzał na mnie ze złością.
- Co ty tu robisz? – wymamrotał.
- Co ty tu robisz?! – krzyknąłem – Znów próbujesz kogoś uwieść wbrew woli?! A może zgwałcić, bo chyba to byś zrobił, gdybym w odpowiedniej chwili się nie pojawił!
- Nic ci do tego, nie twoja sprawa… - burknął.
- Właśnie, że moja! Mariko ze mną mieszka, więc tak się składa, że to jest moja sprawa! A teraz spieprzaj, nie chcę cię więcej na oczy widzieć!
  Gai ubrał się i odszedł jak pies z podkulonym ogonem. Dyszałem ciężko ze złości. Nie pamiętam, żeby ktoś, ktokolwiek, tak wyprowadził mnie z równowagi. Zerknąłem na Mariko. Była cała poturbowana. W sumie to się nie dziwiłem. Sama była sobie winna, że Gai ją tak urządził.
- Kakashi… Ja przepraszam… Nie wiedziałam, że Gai… - usłyszałem jak płacze. – Gdybym wiedziała, nigdy…
- Cicho – warknąłem, ale o wiele łagodniej niż poprzednio. – Mówiłem ci, żebyś nie wychodziła z domu, gdy mnie nie ma. Mówiłem?! Mówiłem! Gdybyś mnie posłuchała, nic by ci się nie stało! Ale nie! Bo po co słuchać mądrych rad, lepiej zgrywać idiotę! – wzniosłem ręce do nieba. Pierwszy raz podniosłem głos na kobietę. Nie czułem jeszcze wyrzutów sumienia, ale wiedziałem, że jak tylko się uspokoję, nadejdą. Westchnąłem głęboko i uderzyłem pięścią w drzewo po prawej stronie głowy Mariko. Dziewczyna zadrżała. Z oczu wciąż płynęły jej łzy.
- Nie pomyślałaś o tym, co by ci zrobił?! Co już ci zrobił?! On mógł cię zgwałcić, Mariko! – poczułem, że mój głos drży lekko – Gdybym go nie powstrzymał, to… nie wiem, jak by się to wszystko skończyło…
  Mariko głośniej zapłakała. Nie było mi z tego powodu przyjemnie. Uważałem, że facet naprawdę musi być świnią, skoro kobieta przez niego płacze. Miałem ochotę się trzasnąć w ten głupi łeb.
- Kakashi… nie krzycz, proszę… - zakwiliła, osuwając się po drzewie. Ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się spazmatycznym szlochem. Widząc ją, pękłem. Moja wściekłość rozpadła się na miliony kawałeczków niczym szkło. Zastąpiło ją coś w rodzaju czułości. Usiadłem ostrożnie obok niej. Wyciągnąłem rękę, chcąc ją przytulić, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem, jeszcze bym ją spłoszył.
- Mariko… Przepraszam… Poniosło mnie, nie powinienem był tak na ciebie naskakiwać. To moja wina. Gdybym ci powiedział o Gai’u, nic takiego nie miałoby miejsca…
  Podniosła głowę, ukazując mokre od łez oczy. Pociągnęła kilkakrotnie nosem, a potem zrobiła coś, czego nie spodziewałbym się w takiej sytuacji. Przysunęła się do mnie, objęła za szyję i pocałowała. Mocno. Bardzo mocno. W tym pocałunku czułem niezmierną radość, ale i smutek. Nadal się obwiniała. W następnej chwili odzyskała panowanie nad sobą i odkleiła się ode mnie. Oboje byliśmy w szoku. Słyszałem, jak mocno bije mi serce. Na policzkach czułem rumieńce.
- Przepraszam, nie powinnam… - wymamrotała. – Na pewno jesteś zły…
- Nie – naprawdę nie byłem. Co prawda zaskoczyło mnie to, ale to nie znaczyło, że byłem zły, wręcz przeciwnie, byłem bardzo zadowolony, choć nie wiedziałem dlaczego. Znałem przecież Mariko niecały dzień.
  Usłyszałem, jak dziewczyna pociąga nosem. Jeszcze raz wyciągnąłem ku niej ramię i przytuliłem mocno. Była bardzo ciepła. Czułem jej szybko bijące serce. Trzepotało jak u ptaszka. Objąłem ją mocniej i nie wiedząc, co robię, pocałowałem delikatnie w zranione czoło. Wolną dłonią odgarnąłem jej włosy z twarzy.
 
  Siedzieliśmy tak objęci, dopóki Mariko nie uspokoiła się na tyle, byśmy mogli wrócić do domu. Gdy to się stało, od razu zabrałem się za opatrywanie ran Mariko. Pół godziny i już prawie nie było widać. Oboje nie wspominaliśmy tamtego pocałunku w lesie. Na samą myśl na twarz wypełzały nam rumieńce i odwracaliśmy wzrok. Mariko gdy tylko napiła się mocnej herbaty, poszła do pokoju. Życzyłem jej miłych snów, a sam udałem się do salonu, gdzie na nowo zacząłem czytać książkę. Jednak tym razem nie miałem do tego głowy. Przed moim oczami stał obraz zgwałconej Mariko. Zadrżałem, ale nie pozbyłem się przykrych myśli.

***
Wiem, że rozdziału dawno nie było, ale nie miałam weny na niego. Dedykacja dla wszystkich czytających bloga, choć nie ma ich wielu, ale jednak. Nie mam pojęcia, kiedy będzie kolejny rozdział, ale Akari zamierza trzeci wstawić w sierpniu, kiedy ja, nie wiem. To zależy od mojej kapryśnej weny. No nic, do napisania. Rani i Kakashi robią słodkie oczka, prosząc o komentarze *.*

wtorek, 4 lutego 2014

#1. Spadająca gwiazda.

Syrena śpiewa ci co noc. Patrząc w gwiazdy widzisz jej twarz. Czy to sen, który płata ci figle co noc? Czy to też ona? Piękna anielica stąpiła dla ciebie na ziemie. Widzisz księżyc, który nie patrzy na ciebie. Tylko na swoją córkę, córkę która spadła z nieba wraz z siostrą. Kolejna gwiazda spadła, a on czuje ból. Tyle córek stracić musiał a tych dwóch najbardziej nie chciał...

[ Kakashi ]

Jak zawsze patrzyłem w niebo. Sen z powiek zdjęły mi koszmaru. Śnią mi się one coraz częściej. Siedząc na dachu rozmyślałem. O czym? Zapewne o tym co by było gdybym umarł. Naruto by został sam, a tego nie chciałem zrobić dziecku swojego mistrza, który prosił mnie abym się nim zajął. A ja dotrzymuje danego słowa. Nagle coś przykuło moją uwagę. Spadająca gwiazda. Chciało mi się śmiać, bo zacząłem myśleć życzenie, aby idealna dla mnie kobieta spadła mi tu z nieba. Wiem głupie co? Ale już miałem dość tej ciągłej samotni. Postanowiłem się przejść nad pewne miejsce. Dokładniej nad jezioro gdzie zostałem poczęty. Po kilkunastu minutach tam doszedłem i ujrzałem jakąś kobietę.Stała nad brzegiem jeziora, skąpana w jakimś dziwnym blasku. Z tej odległości nie widziałem, jak wyglądała, dostrzegłem tylko długie kasztanowe włosy, które powiewały na wietrze. W następnej chwili kobieta przechyliła się niebezpiecznie i wpadła do wody z głośnym pluskiem. Wiedziałem, że jeśli czegoś nie zrobię, to ona utonie, ale nie mogłem ruszyć się z miejsca. Po chwili jednak otrząsnąłem się z początkowego otępienia i pobiegłem przed siebie. Przyspieszyłem. Gdy znalazłem się przy brzegu, odbiłem się i wskoczyłem do lodowatej wody. Poczułem, jak palce, nos i uszy zaczynają drętwieć. Wzrok mi się zamglił, nic nie widziałem w tych odmętach. Wszędzie tylko glony i wodorosty. Nie zwracając uwagi na nieprzyjemne uczucie w kończynach, zanurkowałem głębiej i rozejrzałem się. Nadal nic. No cóż, muszę użyć sharingana. Odsłoniłem lewe oko, a wtedy ujrzałem wszystko w najdrobniejszych szczegółach i zacząłem poszukiwać tonącej kobiety. Dokładnie przed sobą ujrzałem obłok pulsującej czakry, która słabła z każdą sekundą, by po chwili całkowicie zniknąć. O nie, pomyślałem, nie pozwolę. Wykonałem kopnięcie i wystrzeliłem jak strzała przed siebie. Parłem przed siebie jak szaleniec. W końcu wyczułem pod sobą lekkie i wiotkie ciało. Uniosłem je, odbiłem się od dna. Popłynąłem ku powierzchni jeziora. Moja głowa przebiła taflę wody. Odetchnąłem chłodnym powietrzem. Młócąc nogami, posuwałem się powoli do przodu, cały czas trzymając tę kobietę. Po paru minutach dotarłem na brzeg. Uniosłem kobietę i położyłem ją delikatnie na ziemi. Szybko pojąłem, że nie oddycha. Nie czekając długo, rozpocząłem sztuczne oddychanie. Pamiętaj, Kakashi, trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, pamiętaj. Gdy doliczyłem do trzydziestu, wpompowałem w płuca kobiety tlen. Jej klatka piersiowa uniosła się w górę. Ponowiłem akcję.
- Żyj, do cholery! – warknąłem, gdy klatka piersiowa ratowanej przeze mnie osoby uniosła się, a potem opadła. Kobieta nie odzyskała przytomności. Z każdą chwilą robiła się coraz bledsza i zimniejsza. Ręce mnie bolały, ale nie przerywałem akcji. Dopiero po jakichś piętnastu minutach osunąłem się na ziemię zmęczony. To nie miało sensu. Kobieta zapewne już nie żyła. Zamknąłem oczy, gdy nagle usłyszałem, jak ktoś zaczyna się krztusić. Poderwałem się. Kobieta, którą ratowałem, siedziała, kaszląc i plując wodą.
- Przepraszam, dobrze się czujesz? – zapytałem, wyciągając rękę w jej kierunku.
Odsunęła się błyskawicznie ode mnie, przerażona. Dopiero teraz zauważyłem, jaka była piękna. Miała około dwudziestu paru lat, owalną twarzyczkę z dużymi, soczyście zielonymi oczami i pełnymi rubinowymi ustami. Kosmyk kasztanowych kręconych włosów przykleił się jej do policzka.
- Nie… - wyjąkała. – Nie zbliżaj się… - jeszcze bardziej się ode mnie odsunęła.
- Spokojnie, nic ci nie grozi. – powiedziałem cicho, posyłając jej smutne spojrzenie.
Zatrzymała się. Nadal była przerażona, ale nie próbowała już uciekać.
- Nic ci nie zrobię. Nie skrzywdzę cię, obiecuję. – przysunąłem się do niej i delikatnie dotknąłem jej nagiego ramienia. Uśmiechnąłem się ciepło. Dziewczyna rozluźniła się, po czym podniosła się chwiejnie i stanęła na nogach, wpatrując się w gwiazdy. Usłyszałem, że coś mamrocze.
- Dom. – powiedziała, wskazując w gwiazdy.
Nic z tego nie rozumiałem. Najpierw spadła z nieba zaraz po tym, jak pomyślałem swoje życzenie, potem wskazywała na gwiazdy, mówiąc, że to jej dom.
- Jesteś kosmitką? – wypaliłem.
Odwróciła się do mnie. Wyraz tęsknoty zastąpiła obojętność.
- Nie wiem. – szepnęła.
- Jak to nie wiesz?
- Nie wiem, nic nie pamiętam. – powiedziała – Wiem tylko, że nazywam się Mariko Hayashi.

- I jesteś pewna, że nic nie pamiętasz? – zapytałem, robiąc krok w jej stronę.

Pokręciła głową.

- Okej. W porządku. – odetchnąłem głęboko.

Dziewczyna przystąpiła krok do przodu i zachwiała się. Gdybym jej nie złapał, upadłaby. Tym razem się nie wyrywała, po prostu nic nie zrobiła. Podniosłem ją delikatnie, a ona objęła mnie za szyję, wtulając twarz w moją pierś. Nic nie mówiąc, udałem się w kierunku mojego domu.



~~~*~~~



Stanąłem przed domem. Dziewczyna, którą niosłem przez całą wioskę na rękach, zasnęła. Słyszałem tylko jej cichy i równy oddech. Nie chciałem jej budzić, ale była cała przemoczona. Jeszcze tego by brakowało, żeby zachorowała. Nie wypuszczając jej z rąk, otworzyłem drzwi.

- Księżniczko, jesteśmy w domu. – powiedziałem jej do ucha na tyle głośno, by usłyszała.

Leniwie otworzyła oczy i rozejrzała się.

- Gdzie… gdzie ja jestem…? – mruknęła.

- W bezpiecznym miejscu. – odparłem, po czym wszedłem do domu razem z Mariko.

Dziewczyna ziewnęła. Pewnie przez to, co się stało była bardzo zmęczona. Nic dziwnego, sam też nie czułem się najlepiej. Od razu poszedłem na górę i wszedłem do sypialni, której od dawna nie używałem. W końcu się na coś przyda. Położyłem Mariko na łóżku a sam udałem się po jakąś koszulkę dla dziewczyny. Wróciłem po chwili ze starym granatowym podkoszulkiem, który był już na mnie za mały. Już zamierzałem odejść, kiedy dziewczyna się odezwała.

- Dziękuję. – powiedziała cicho, biorąc do ręki materiał.

- Za co? – zapytałem.

- Za to, że mnie uratowałeś… A nawet nie wiem, jak masz na imię… - spuściła wzrok.

- Kakashi. – odpowiedziałem, uśmiechając się. – I nie musisz dziękować, każdy by to zrobił na moim miejscu.

- W takim razie jeszcze raz dziękuję, panie Kakashi.

- Wystarczy samo Kakashi. – powiedziałem na odchodnym. Zapomniałem jednak o czymś ważnym. – Jakbyś czegoś potrzebowała, wołaj, a na pewno przyjdę.

Zdążyłem jeszcze zauważyć nieśmiały uśmiech dziewczyny, a potem wyszedłem z sypialni, udając się na spoczynek.


[ Nagato ]

Leżałem na swoim łóżku. Widziałem przez okno od dawna bezchmurne niebo. Coś mnie zaniepokoiło. Nie miałem ochoty przeszkadzać Yahiko i Konan w ich... Jakby to poetycko ujął Jiraya? Ach już wiem. Oboje zgłębiali tajemnice swych ciał jak i dusz. Zaśmiałem się i opuściłem dom w samych spodniach od piżamy. Nie lubiłem sypiać w koszulach. Jakoś ograniczały mi pole ruchu. Kierowany jakimś dziwnym instynktem udałem się nad pewne jezioro, które jedynie ja znałem. Ujrzałem na nim kobietę. Jej włosy zasłaniały twarz, przez co nic nie widziałem. Patrzyła na księżyc. Postawiłem pierwszą nogę na tafli wody i ruszyłem w jej stronę. Kiedy stałem już kilka kroków od niej spojrzała na mnie. Była piękna niczym nimfa z legend.
- Kim jesteś?- usłyszałem jej słodki głos.
- Jestem Nagato, Kage wioski Amegakure. A ty?
- Ja? Ja jestem Annalin Hayashi. I jestem córką księżyca.- przyjrzałem się jej uważnie. Delikatne rysy twarzy, smukła sylwetka oraz zaokrąglone biodra... Chłopie gdzie ty patrzysz?! Ale ona też mi się przyglądała. A zwłaszcza moim oczą.- Twoje oczy.... Są takie...takie...
- Dziwne?
- Raczej intrygujące i znajome.
- Mogę ci wczymś pomóc?
- Tak. Byłabym ci wdzięczna jeśli byś mi pomógł odnaleźć siostrę.
- Postaram się ci pomóc. Ale najpierw powinnaś chyba odpocząć i zebrać siły.- uśmiechnęła się w moją stronę. Wyciągnąłem w jej stronę dłoń, którą chwyciła i zaprowadziłem do swojej rezydencji. Nie weszliśmy drzwiami tylko oknem balkonowym od mojej sypialni. Kobieta rozglądała się uważnie wszystkiemu co tu widziała. Jak małe dziecko. Oparłem się o kolumnę przy łożu. Już nigdy nie pozwolić Konan zajmować się wyborem łóżka. Nigdy. W drewnie były rzeźbione róże. Odwróciła się w moją stronę, trzymając jedną z książek senseia. Podeszła do mnie i się potknęła o własną suknię, spadając prosto w moje ramiona a mnie przewalając na łóżko. Nie było u niej widać żadnych uczuć oprócz ciekawości widocznej w jej głębokich, niebieskich oczach.
- Co to jest? I czemu jesteś czerwony na twarzy jak twoje włosy?- dalej na mnie leżała i na dodatek oparła się dłońmi o moją klatkę piersiową.
- Bo to trochę krępująca sytuacja, albo raczej pozycja.- zeszła ze mnie i usiadła obok mnie na łóżku pokazując książkę.- Nie wiesz naprawdę? A umiesz czytać?
- Czytać umiem, lecz nie wiem co to jest, to „ Icha Icha Paradais”.
- To tytuł książki.
- Książki?- popatrzyła na mnie jak na kosmitę.
- Tak, książki. Powiedz mi co ty w takim razie czytałaś?
- Chmury, oraz niebo.
- Czy ty się kiedyś onieśmieliłaś?
- A co to znaczy?- popatrzyłem na nią. Usiadłem naprzeciwko niej. Przyłożyłem palce do brody i wziąłem od niej książkę. Szybko odnalazłem dobrze znaną mi stronę, bo oczywiście Jiraya chciał abym mu na TO zdjęcie patrzył i opisał co o tym sądzę. Pokazałem jej ilustrację.- Czemu oni są nadzy? I co oni robią?
- Ty nic nie wiesz?
- Ależ wiem! I to wszystko, co powinnam wiedzieć!
- Ale nie wiesz co to za scena?
- No bo ja nie wiem nawet co to są uczucia…

***
Witka!
No więc zacznę od tego, że to jest kolejny blog, tym razem autorstwa Akari Urokiri i Rani Hatake.
Notkę dedykujemy wszystkim czytającym.
Całuski i do napisania!